O autorze
Człowiek z Krosna.

Studiował Filozofie na Uniwersytecie Jagiellońskim. Kolekcjoner książek, miłośnik filmu i geek internetowy. Obecnie projekt manager w agencji specjalizującej się w kampaniach marketingowych na blogach - Szeri Szeri.

Bloger, scenariopisarz, copywriter.
Specjalizuję się w dziedzinie Social Mediów, blogosfery, marketingu, gastronomii, filmu, filozofii.

Uzalezniony od kawy, Facebooka i Lagavulina.

BLOG
www.wojciechkardys.pl

FACEBOOK
https://www.facebook.com/wojciech.kardys

TWITTER
https://twitter.com/WojciechKardys

ABOUT.ME
http://about.me/wojciechkardys

NAPISZ DO MNIE
wojtek.kardys@gmail.com

[Recenzja] Trzy billboardy za Ebbing, Missouri

www.filmweb.pl
Pamiętacie stare westerny z Clintem Eastwoodem? Grał on tam samotnych i przeważnie bezwzględnych stróżów prawa, którzy twardą ręką (a dokładniej, rewolwerem) wymierzają sprawiedliwość. Jeden przeciw wszystkim. Podobny schemat jest w filmie Martina McDonagh'a, tylko Eastwooda zastępuję Frances McDormand a zamiast strzelanin, mamy starcia na doskonałe dialogi, raniące niekiedy mocniej niż nie jedna kula.

W mieście Ebbing (stan Missouri) dochodzi do tragedii. Nastoletnia dziewczyna zostaje uprowadzona, zgwałcona i zamordowana. Pomimo wysiłków policji - sprawa utknęła w martwym punkcie. Po siedmiu miesiącach wszyscy stracili nadzieję na wykrycie mordercy. Wszyscy, oprócz matki - Mildred Hayes. Postanawia wynająć w mieście Ebbing trzy nieużywane dotychczas billboardy i oskarżyć lokalnego szeryfa/policję za brak skuteczności w wykryciu mordercy jej córkę.

Sheriff Bill Willoughby: I’d do anything to catch your daughter’s killer. I don’t think those billboards is very fair.
Mildred Hayes: The time it took you to get out here whining like a bitch, Willoughby, some other poor girl’s probably out there being butchered right now.




Jeżeli myślicie, że mamy kolejny przykład filmu antysystemowego, w którym bezwzględna biurokracja i policja nie chcę pomóc biednej i bezbronnej kobiecie - to się srogo mylicie. Tutaj nie mamy postaci i historii czarno-białych. Bo to nie kolejny „Amerykański-film-dla-ludzi-z-popcornem”. To Stany, bez wieżowców i żółtych taksówek. Nie mamy tu wygładzonych w Photoshopie ludzi w garniturach za 2000$. Tutaj każdy zmaga się ze swoimi demonami na swój dziwny sposób. Tak jak w życiu. Jakbym miał porównać „Trzy billboardy…” do jednej z naszych rodzimych produkcji, to porównałbym ją do „Cicha noc” Domalewskiego.

Bohaterowie to ludzie z krwi i kości. Żadnych utartych schematów. Woody Harrelson, gra szeryfa, zmagającego się z chorobą, kochającego męża i ojca, który musi podjąć śmiertelnie ciężką decyzję. Mamy oficera Dixona (w tej roli zdobywca Złotego Globu za tę rolę Sam Rockwell), którego nazwisko jest adekwatne do jego czynów mimo to i u niego odnajdujemy iskierkę przyzwoitości. I w końcu Mildred Hayes, samotna matka wychowująca syna, która za maską bezwzględnej i wulgarnej kobiety, skrywa inteligentną, rozdartą emocjonalnie i bardzo samotną osobę.

Mildred Hayes: This time the chick ain’t loosing.



Aktorzy zostali obsypani nagrodami za swoje role. I ciężko mi się z tym nie zgodzić. Frances McDormand (Złotego Globa i raczej pewny Oscar za tę rolę) jest taka jak zawsze w filmach, fenomenalna. Wystarczy jedna jej mina, jedno słowo na jej ustach, jeden gest i wygrywa praktycznie każdą scenę. Frances nie gra, ona na ekranie staję się Mildred Hayes. Również można rozpłynąć się nad rolą Sama Rockwella w roli Dixona, który świetnie ukazał rozdarcie pomiędzy tym kim jest na zewnątrz, a kogo skrywa w środku.

Nie wypada nie wspomnieć o pozostałych bohaterach, syczącego jak wąż ex-męża i jej 19-letniej partnerki, właściciela agencji reklamowej (z nim wiąże się przepiękna scena w szpitalu, która przywraca wiarę w ludzkość) czy znanego z Gry o Tron Peter Dinklage, z którym to wiążę się znowu jedna z moich ulubionych scen z tego filmu (restauracyjna).



To, co świadczy o sukcesie "Trzech billboardów...." to scenariusz (i tak, również został nagrodzony Globem) Irlandzkiego scenarzystę i reżysera - Martina McDonagha, którego po tym filmie można śmiało stawiać na półce wśród takich osobistości jak Aaron Sorkin czy bracia Coen. Dawno nie słyszałem takich dialogów w kinie. Nazwałbym te rozmowy pomiędzy bohaterami scenariuszowymi dziełami sztuki. Wpadające w ucho, niebanalne, doprawione szczyptą humoru i z błyskotliwą puentą. Doprawdy niewielu jest scenarzystów, potrafiących operować wulgaryzmami w tak doskonały sposób, jak robi to McDonagh. Tutaj nie służą one za role przecinka (jak u Vegi) lecz jest to wysublimowana forma ekspresji, polegająca na oszołomieniu ofiary (i widza). Na wybrzmieniu czegoś głębszego. Coś niespotykanego.

Mildred Hayes: Hey fuckhead!
Dixon: What?
Desk Sergeant: Don't say what, Dixon. When she comes in calling you a "fuckhead."


Trzy billboardy za Ebbing, Missouri jest filmem genialnym. Seans ten przypomniał mi, dlaczego tak bardzo kocham kino. W dobie kinematografii, gdzie główną rolę grają efekty specjalne, wtórne historie o komiksowych półbogach czy żartach o pierdzeniu na pogrzebie swojej babci - "Trzy billboardy..." to intelektualny oddech. Powrót wiary w kino kompletne. W filmy, które zadają odpowiednie pytania (i jednocześnie nie próbują pretensjonalnie na nie od razu odpowiadać), które ukazują życie takie jakie jest (bez upiększania na siłę) i po których wychodzisz z kina mając wielką gulę w gardle. Bo to przecież mogło się wydarzyć nam.

Absolutny must see tego sezonu.
9/10
(pomimo odrobinę, jak dla mnie, rozczarowującego zakończenia).
Trwa ładowanie komentarzy...