Z pamiętnika grubej świni czyli jak schudłem ponad 15kilo

110 z lewej i 93 z prawej.
110 z lewej i 93 z prawej.
Znasz to uczucie gdy po paru minutach wchodzenia po schodach do swojego mieszkania (czwarte piętro, bez windy) stajesz przed drzwiami mokry jakbyś wyszedł spod prysznica?

Znasz to uczucie, kiedy w sklepie przymierzasz koszulkę rozmiar L (hej, przecież masz taki rozmiar, prawda?!) i nagle zauważasz, że nie, że jednak XL jest w SAM RAZ?



Znasz to uczucie, gdy zbiegasz ze schodów i czujesz, jak twój brzuch trzęsie się jak słabej jakości galareta?

I w końcu czy znasz to uczucie, gdy widzisz śliczną dziewczynę przy barze, która jakimś cudem siedzi przed nim sama, wystarczy podejść, powiedzieć coś żenująco słodkiego, postawić koktajl, ale nie, bo ona taka ładna a ty jesteś taki gruby i niepewny siebie...

Znasz to? Bo ja już nie.

Od początku. W styczniu tego roku ważyłem 110 kilogramów. Całe szczęście jestem wysoki, mam prawie 190 cm więc tłuszcz miał gdzie się rozłożyć. Mimo tego - STO DZIESIĘĆ KILOGRAMÓW! Ważyłem tyle, co dwie lodówki. Z kostkarką.
Miałem dwie opcje:

1. Olać to. W końcu szacuje się, że już 64 proc. mężczyzn w naszym kraju ma nadmierną masę ciała (wskaźnik BMI powyżej 25)*. W Polsce można bez problemu być grubaskiem, przecież wszyscy na około mają lekką nadwagę a jak ktoś ci zwróci uwagę to zawsze masz w zanadrzu to słynne, ''januszowe'' przysłowie - każdy ptaszek ma swój daszek - który ucina wszelaką dyskusję nad swoją tuszą.

2. Wziąć (pani Pawłowicz wybaczy, wywodzę się ze szkoły krośnieńskiej) się w końcu za siebie i przestać sobie wmawiać, że to przez geny.
Najgorzej było zacząć.
W styczniu wmawiałem sobie, że ''od poniedziałku''. W lutym rozpocząłem dietę MŻ (mniej żreć), która polegała na tym, że nic nie jadłem cały dzień, by potem na kolację pochłonąć 2 kilo ziemniaków otoczonych smażoną kiełbasą. Zbliżał się marzec i kilogramy stały w miejscu...

Czy wiecie o tym, że otyłość jest główną przyczyną takich chorób przewlekłych, jak cukrzyca typu 2, choroby układu krążenia (udar mózgu, nadciśnienie tętnicze), nowotwory złośliwe (rak jelita grubego, piersi, gruczołu krokowego), kamica żółciowa, niealkoholowe stłuszczenie wątroby, zaburzenia hormonalne (zespół policystycznych jajników), zmiany zwyrodnieniowe układu kostno-stawowego oraz tzw. nocny bezdech. Co jak co ale nowotwór gruczołu krokowego nie brzmi zbyt zachęcająco.

Pierwsze marca poszedłem do dietetyka. Dieta rozpisana. Reszta to tylko samozaparcie. Musiałem przestrzegać zasad. Co mogłem stracić?! Nic. Zyskać mogłem wszystko.

Źle jemy
Bez rozsądku i umiaru wpychamy w siebie te śmieciowe żarcie, by potem poprawić to sztucznie przetworzonym i wypełnionymi E - sokiem.

Byłem ostatnio na plaży w Gdyni. Wcześniej na to nie zwracałem uwagę, po paru miesiącach diety - przejrzałem. Zauważyłem, co ludzie tam jedzą. A jedzą potwornie. Dłuższymi kolejkami do FastFoodów (które i tak były 15-minutowe) mogły się pochwalić jedynie budki z goframi, przed którymi ludzie (przeważnie rodziny) czekali w upale po gofry z bitą śmietaną (obowiązkowo polana karmelem). W morzu jednak nikt nie pływał. Przed morzem tłumy leżących, a w ręku nieodłączna puszka piwa. No ale, takie geny, co?

Ja w marcu zmieniłem o 180 stopni swój jadłospis, by potem każdego dnia stawać na wadze i ze zdumieniem patrzeć jak ta wredna, czarna igła (którą z czasem pokochałem) wskazuje coraz mniej.

Kolejnym krokiem był sport
W swojej biblioteczce znalazłem książkę profesora Zygmunta Baumana - ''Sztuka życia'' w której wyczytałem taki o to fragment:

Bez względu na to, czy o tym wiemy i czy tego chcemy, nasze życie jest dziełem sztuki. Aby przeżywać je zgodnie z wymogami sztuki, musimy, wzorem innych artystów, stawiać sobie wyzwania, które (przynajmniej w chwili, gdy je stawiamy) wydają się niedosiężne. Musimy obierać sobie cele, które (przynajmniej w chwili, gdy je obieramy) przerastają nasze siły. Musimy wyznaczać sobie standardy doskonałości, które (przynajmniej w świetle naszych dotychczasowych osiągnięć) wydają się nam absolutnie niemożliwe do osiągnięcia. Musimy c h c i e ć n i e m o ż l i w e g o. Bez żadnych gwarancji, nie znajdując oparcia w krzepiących a wiarygodnych prognozach, możemy tylko żywić nadzieję, że dzięki długim i uporczywym staraniom zdołamy któregoś dnia sprostać owym standardom, osiągnąć owe cele i dorosnąć do owych wyzwań.

TAK, DOKŁADNIE TAK! (pomyślałem i przeczytałem to jeszcze raz i jeszcze raz i jeszcze...) Jeżeli mam być dziełem sztuki (myślę sobie dalej) to nie chcę być jak te kobiety od Rubensa. Dlatego dieta była dla mnie niewystarczająca i postanowiłem, że dołożłę do niej bieganie.

Na Facebooku zawsze wyświetlało mi się wiele mapek z aplikacji Endemondo, które udostępniali moi znajomi. Zawsze mnie okropnie wkurzały, te ich pocieszne twarzy, chwalenie się trasą, nowymi butami do biegania, ten ich fanatyzm. Nie wierzyłem w to.

No ale Bauman napisał: Musimy wyznaczać sobie standardy doskonałości, które (przynajmniej w świetle naszych dotychczasowych osiągnięć) wydają się nam absolutnie niemożliwe do osiągnięcia. Dla mnie to było przebiegnięcie 10 kilometrów. To był mój cel. Totalna abstrakcja. Niemożliwe do osiągnięcia.

Jeszcze w marcu odkurzyłem swoje buty do ćwiczeń. Odnalazłem jakieś spodenki i koszulkę do biegania (niczego nowego nie kupowałem) - zacząłem biegać.

Na początku było ciężko. Dwa kilometry, w bólach, odpoczynek i powrót dwa kilometry.
Potem znowu, dwa kilometry (ale bez postoju) i powrót. I znowu... I znowu... I znowu...
Czasem padało, czasem było wietrznie, czasem zbyt wcześnie, czasem zbyt późno. Biegałem.

Gdy mi się nie chciało, gdy już chciałem odpuścić, przypominałem sobie, dlaczego w ogóle to zacząłem. I wychodziłem biegać.Pod koniec kwietnia przebiegłem swoje pierwsze 10 kilometrów.
Nie mogłem w to uwierzyć, ale udało się. Bez postoju!

To było wspaniałe uczucie. Sięgnięcie po coś niemożliwego. Ten medal udowodnił mi, że ''niemożliwość'' siedzi tylko w głowie. Jest pustym wyrazem, tarczą tchórza. Kolejny ''niemożliwy'' cel, przebiegnięcie półmaratonu - 21 kilometrów.

HA! Zapomniałem dodać - tak, też wrzucałem na Facebooka mapki z aplikacji Endemondo. Tak, wrzucałem swoją pocieszną twarz przed i po bieganiu. Tak, zapewne wkurzałem tym znajomych (ale przecież żyjemy w pięknych czasach ''follow'' i ''unfollow''). Działało to na mnie motywacyjnie.

Przełom nastąpił w połowie maja. Trochę schudłem, ale przede wszystkim zauważyłem swoje pierwsze, prawdziwe, niesilikonowe MIĘŚNIE!
Moja klata przestała przypominać kobiecą, a oprócz tego lepiej sypiałem, nabrałem kondycji, byłem ''mniej leniwy'' (miałem więcej energii, nie wiem jak to wytłumaczyć).

Ten sport to nie jest znowu taki zły (pomyślałem). Brakowało mi jednak kogoś, kto by mi w tym pomógł. I tak napisałem do mojego serdecznego kumpla -Tomka, który jest trenerem personalnym. Po tygodniu Tomek podesłał mi 22 strony treningu, który można by streścić do jednego zdania: ''to drążek oddziela chłopców od mężczyzn''.

I tak zacząłem ćwiczyć kalistenikę - ćwiczenia z wykorzystaniem masy swojego ciała.
Podczas sesji ćwiczenia były przeróżne: burpeesy, pompki (różne style od zwykłych po diamentowe czy też dragon push-up), podciąganie, brzuszki, przysiady, podskoki, drążek i wiele, wiele innych. Praktycznie do każdego ćwiczenia było parę różnych wariantów.

W samym tygodniu rozdzieliłem sobie bieganie dłuższe (czyli około 7-12 km) na dwa, trzy razy w tygodniu (poniedziałek, środa, piątek), by przez resztę tygodnia (wtorek, czwartek, sobotę) ćwiczyć swoje na placu (w Parku Szczęśliwickim jest specjalny placyk do ćwiczeń). Niedziela odpoczynek. Przed każdym treningiem rozgrzewka (ja dodatkowo biegałem na placyk i po treningu do mieszkania - 3 do 4 kilometrów).

I tak do dzisiaj. I już nie przestanę.
Od 1 marca do 1 września schudłem 17 kilogramów (i starczy). Nawodnienie mojego ciała zwiększyłem o 50% gdyż piję dziennie około 3-4 litrów płynów dziennie. Nie wiem ile procentowo zwiększyła się masa mięśniowa - jak tylko pójdę na umówione spotkanie do dietetyka zaktualizuję status. Wróciłem do rozmiaru L (wymieniłem pół swojej garderoby), spodnie wróciły do pasa 32 (wcześniej 36).

Nie napisałem tego wpisu, by kogokolwiek skrytykować czy wyśmiać. Ja do osób otyłych podchodzę z dużą rezerwą. Może faktycznie ktoś ma ogromne stresy w pracy/życiu, nie ma czasu na sport, ktoś inny choruje, jeszcze inny odziedziczył to w genach. Poza tym, kim ja jestem, by kogokolwiek oceniać?

Byłem gruby, przyznaję się do tego. Było mi z tym źle. Miałem jednak na tyle samozaparcia, by to ''niemożliwe'' osiągnąć. Wiem co napiszecie, że brzmię jak trener motywacyjny (typu p. Grzesiak), tyle że ja w nich nie wierzę a gadki motywacyjne są dla mnie tak samo puste, jak kalorie w czekoladzie (tutaj odsyłam do tekstu Pawła Tkaczyka - Psychologia wykładów motywacyjnych)

Ja nie potrzebowałem nikogo i niczego, by coś ze sobą zrobić. Musiałem przekonać tylko jedną osobę, siebie samego. DA SIĘ!

Per aspera ad astra.
Znajdź mnie:
Twitter: @wojtekkardys
Instagram: WojtekKardys
Facebook: Wojciech Kardys

*Newsweek
Trwa ładowanie komentarzy...